WTHE WILD VALLESPOWIEŚĆ PATRYKA KUBIAKA
WESTERN SCIENCE FICTION · TOM 1

The Wild
Valles.

Porządne drogi kończą się szybko.
Prawo jeszcze szybciej.

Przeczytaj fragmenty ↗Zostań przedpremierowym czytelnikiem →
POGRANICZE MA WŁASNE ZASADY.Ruszaj dalej ↓01 / WILD VALLES

Julian nie szuka
kłopotów.
Szuka odpowiedzi.

Jedno pytanie prowadzi do następnego. A czasem wprost na szlak, z którego trudno zawrócić.

Naukowa ciekawość każe Julianowi zajrzeć tam, gdzie większość ludzi wzruszyłaby ramionami i poszła dalej. Drobna nieścisłość prowadzi do kolejnej, aż niewinna próba zrozumienia pewnej zagadki wciąga jego i Lenę w wydarzenia znacznie większe, niż mogli się spodziewać.

Wkrótce ich droga przecina się z przemytnikami, gangsterami i ludźmi, którzy mają bardzo dobre powody, by niektórych rzeczy nie badać zbyt dokładnie.

TAJEMNICEPODRÓŻNIEBEZPIECZNE POGRANICZEODROBINA HUMORU

Witaj na
Wild Valles.

Dobry pojazd, sprawna broń i odrobina szczęścia znaczą tu więcej niż najlepszy plan.

Pylista droga przez skaliste pustkowie
POMIĘDZY OSADAMI

Każdy ładunek ma historię.

Pomiędzy odległymi osadami, kopułami i pustkowiem ciągną się szlaki przemytników, handlarzy i ludzi, którzy zdecydowanie nie chcą opowiadać, skąd mają swój ładunek.

Prosta robota
bardzo rzadko
pozostaje prosta.

✦

Wejdź na szlak.
Przeczytaj fragmenty.

Trzy spotkania z Wild Valles. Wybierz, od którego zaczniesz.

U Franka

Jax i Kira odwiedzają złomowisko Franka. Właściciel ma właśnie gościa.

Około 5 min czytania

Wieczór na Marsie

Podczas postoju nad marsjańskim jeziorem załoga rozbija namiot. Jax ma pomysł na wieczór.

Około 4 min czytania

Kolejka dla wszystkich

Jax spędza wieczór przy barze w towarzystwie Sery. Ich rozmowę przerywa przybycie Brama.

Około 11 min czytania

Fragmenty pochodzą z wersji przed redakcją i korektą.

Okładka The Wild Valles, Tom 1, Patryk Kubiak — egzemplarz próbny
OKŁADKA EGZEMPLARZA PRÓBNEGO

Jedno pogranicze.
Mnóstwo złych planów.

Western science fiction o odkrywaniu tajemnic, podróży przez niebezpieczne pogranicze i ludziach, którzy próbują improwizować, gdy rzeczywistość po raz kolejny postanawia zignorować ich plany.

TYTUŁ
The Wild Valles
AUTOR
Patryk Kubiak
TOM
1
STATUS
W przygotowaniu

Na razie trwa praca nad książką. Data premiery i informacje o dostępności pojawią się tutaj, gdy będą ustalone.

50 egzemplarzy.
Pierwsi czytelnicy.

Przeczytaj przed premierą. Podziel się szczerą opinią.

Szukam 50 osób, które chciałyby przeczytać „The Wild Valles” przed premierą i podzielić się szczerą opinią. Nie musisz prowadzić bloga ani być recenzentem — wystarczy, że lubisz takie historie.

Wybranym czytelnikom przekażę drukowany egzemplarz książki. Po lekturze zależy mi na kilku zdaniach od Ciebie — szczerych, także krytycznych.

Jeśli zechcesz opublikować je również na Lubimyczytać lub swoim profilu, pomożesz kolejnym czytelnikom odkryć książkę. Możesz też przesłać opinię bezpośrednio do mnie. Publiczna recenzja nie jest warunkiem udziału.

Chcesz dołączyć? Wypełnij krótki formularz zgłoszeniowy. Samo zgłoszenie nie gwarantuje otrzymania egzemplarza.

Zgłoś się do pierwszych czytelników ↗

Masz pytania? kontakt@thewildvalles.pl

Patryk Kubiak

Autor „The Wild Valles”. Tworzy opowieść o naukowej ciekawości i niebezpiecznym pograniczu, gdzie tajemnice spotykają się z przygodą, a najlepsze plany często przegrywają z rzeczywistością.

↑
THE WILD VALLES · TOM 1

Ciekawość to
dopiero początek.

THE WILD VALLES · TOM 1

U Franka

Jax i Kira odwiedzają złomowisko Franka. Właściciel ma właśnie gościa.

Fragment wersji przed redakcją i korektą.

Złomowisko Franka leżało na obrzeżach Scrap, tam gdzie ostatnie warsztaty ustępowały miejsca czerwonym równinom i ścianom kanionu.

Było ogromne.

Nawet na Marsie, gdzie ziemia sama w sobie nie należała do szczególnie cennych dóbr, zajmowało obszar, który rozsądny człowiek uznałby za przesadę. Tyle że Frank nigdy nie pozwalał rozsądkowi ograniczać swoich ambicji.

Za wysokim ogrodzeniem z pospawanych blach ciągnęły się rzędy wraków. Leżały tam szkielety łazików, rozprute kabiny transportowców, resztki maszyn górniczych i całe kadłuby małych statków, które już dawno przestały przypominać cokolwiek zdolnego do lotu.

Niektóre stały na kołach.

Inne na podporach.

Jeszcze inne opierały się o siebie pod takimi kątami, że ich równowaga wydawała się osobistą obrazą wobec grawitacji.

Pomiędzy nimi biegły wąskie ścieżki wydeptane w pyle. Nad stertami metalu wisiały kable, lampy i ręcznie malowane tabliczki z napisami:

NIE DOTYKAĆ

TO JESZCZE DZIAŁA

oraz, w jednym przypadku:

JEŚLI ZACZNIE PISZCZEĆ, UCIEKAJ

Jax przeczytał ostatnią z nich i skinął z uznaniem.

— Dobrze widzieć, że Frank zaczął dbać o bezpieczeństwo.

Kira nie odpowiedziała.

Od chwili, gdy przeszli przez bramę, była wyraźnie spięta. Rozglądała się pomiędzy wrakami, jakby spodziewała się, że któryś nagle ruszy albo że Frank zastawił pułapki również na ludzi, których zaprosił.

Jax szedł spokojnie z rękami wsuniętymi w kieszenie płaszcza.

— Możesz przestać szukać snajperów — powiedział.

— Nigdy nie wiadomo, czego można się tutaj spodziewać.

Jax uśmiechnął się.

Chata Franka stała niemal pośrodku złomowiska, wciśnięta pomiędzy wrak starego ciągnika kopalnianego a rdzewiejący kadłub promu pasażerskiego.

Zbudowano ją z fragmentów kilku różnych konstrukcji. Jedna ściana wyglądała, jakby pochodziła z kontenera transportowego. Druga miała okrągłe okno dawnej śluzy. Dach pokrywały blachy w czterech różnych kolorach, przytrzymywane przewodami, śrubami i czymś, co wyglądało jak fragment szyny kolejowej.

Nad drzwiami wisiał napis:

FRANK

Pod nim ktoś dopisał mniejszymi literami:

PUKAĆ TYLKO RAZ

Jax i Kira znajdowali się jeszcze kilka kroków od wejścia, kiedy drzwi otworzyły się z hukiem.

Wypadł z nich fotel na kółkach.

Nie potoczył się powoli.

Wystrzelił na zewnątrz, odbił się na progu i przejechał przez podwórze, podskakując na nierównościach.

Do fotela przywiązany był mężczyzna.

Gruby przewód oplatał jego tułów, ramiona i nogi. Ręce miał skrępowane za oparciem. W ustach tkwiła mu laska dynamitu, przytrzymywana szerokim pasem materiału związanym z tyłu głowy.

Z krótkiego lontu sypały się iskry.

Oczy mężczyzny były tak szeroko otwarte, że niemal nie widać było powiek.

Jęczał przez knebel, szarpiąc się desperacko, podczas gdy fotel sunął dalej w stronę sterty części silnikowych.

Chwilę później z chaty wybiegł Frank.

Śmiał się tak głośno, że przez moment zagłuszył nawet przerażone odgłosy więźnia.

Był mężczyzną po czterdziestce, choć sposób, w jaki się poruszał, sugerował nadmiar energii bardziej właściwy komuś o połowę młodszemu. Łysiał od czubka głowy, a pozostałe włosy sterczały w kilku kierunkach, jakby regularnie przeczesywał je ręką pokrytą smarem.

Miał na sobie brudny podkoszulek na ramiączkach. Materiał był poplamiony olejem, pyłem i czymś ciemnoczerwonym, co mogło być zaschniętą farbą.

Mogło też nie być.

Przy pasie Franka wisiała kolekcja kluczy, szczypiec, śrubokrętów, krótkich noży i innych narzędzi, których przeznaczenie zależało głównie od tego, czy naprawiał maszynę, czy człowieka.

Dostrzegł Jaxa i Kirę.

Natychmiast przestał patrzeć na mężczyznę przywiązanego do fotela.

— Jax! Kira! — zawołał Frank, rozkładając ręce. — Jak miło Was widzieć!

Mężczyzna na fotelu zawył przez knebel.

Lont skrócił się o kolejny centymetr.

Frank nie zwrócił na niego uwagi.

Kira rzuciła się biegiem.

— Frank, zgaś to! — krzyknęła.

Frank obejrzał się od niechcenia przez ramię.

— A ta jak zawsze z kijem w tyłku.

Lont dopalał się przy samej lasce.

Kira przyspieszyła, jednak Jax wciąż stał nieruchomo tylko obserwując uważnie sytuację.

Więzień zamknął oczy i zaczął szarpać całym ciałem. Fotel zachwiał się na nierównej ziemi i niemal przewrócił na bok.

Lont dotarł do laski.

Rozległ się cichy trzask, przypominający wystrzał kapiszona.

Z atrapy buchnął obłok sadzy. Czarny pył uderzył mężczyznę prosto w twarz, pokrywając jego spocone czoło, policzki, nos i włosy. Jasne pozostały jedynie dwie obwódki wokół szeroko otwartych oczu.

Mężczyzna siedział nieruchomo, cały i żywy, lecz osmolony tak dokładnie, jakby wsadził głowę do rury wydechowej.

Kira zatrzymała się przed nim.

Powoli odwróciła głowę w stronę Franka.

Jax i Frank przez moment próbowali zachować powagę.

Nie udało im się.

Na raz obaj wybuchnęli śmiechem, zginając się wpół i uderzając dłońmi o uda.

— Widziałeś jego twarz?! — wydusił Frank.

Jax wciąż przez śmiech nie był w stanie odpowiedzieć, więc pokiwał tylko głową.

Kira westchnęła i pokręciła głową. Na jej twarzy widać było delikatny uśmiech, który starała się ukryć.

— Łyka jak pelikan, ale jeszcze będą z niej ludzie. — powiedział Frank. — Co tu robicie?

— Przyszliśmy po zapłatę za ostatnie zlecenie — odpowiedział Jax. — I po następne. Bad Habit jest chwilowo uziemiony, więc najlepiej coś, do czego nie będzie potrzebny statek.

Frank natychmiast spoważniał.

A przynajmniej na tyle, na ile potrafił.

— Uziemiony? Jak bardzo uziemiony? Tak zwyczajnie, że nie lata, czy tak bardziej po waszemu, że połowa statku leży na osobnych płachtach, Voss nie odzywa się od sześciu godzin, a Kira patrzy na ciebie, jakby osobiście rozważała sprzedaż twoich organów? Nieważne. Wejdźcie. Coś wymyślimy. Mam coś, co prawdopodobnie nadal nadaje się do picia.

Odwrócił się i ruszył w stronę chaty, nie czekając na odpowiedź.

Kira tymczasem rozwiązała ostatni węzeł krępujący ręce mężczyzny.

Ten zerwał knebel z ust, poderwał się z fotela i niemal przewrócił, gdy nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Obejrzał się na Franka, potem na atrapę dynamitu leżącą w pyle, po czym rzucił się do ucieczki.

Biegł pomiędzy wrakami, potykając się i co kilka kroków spoglądając za siebie.

Frank zatrzymał się w drzwiach.

— I żebyś następnym razem był już punktualnie! — krzyknął za nim.

Mężczyzna przyspieszył.

Jax spojrzał na Franka.

— Związałeś go za to, że się spóźnił?

Frank zaczął powoli kręcić głową, zataczając nią coś na kształt ósemki.

— Hmm... no... możliwe, że mógł to w ten sposób zinterpretować. Ja po prostu nie lubię, kiedy muszę na kogoś czekać. Człowiek czeka, potem zaczyna myśleć, potem myśli za dużo, a później robi się zły, więc tak naprawdę oszczędziłem nam obu bardzo nieprzyjemnego popołudnia.

Jax patrzył na niego przez chwilę z lekko uniesioną brwią.

Frank zwolnił nagle.

— No i może trochę za to, że bije swoją żonę.

Mrugnął do Jaxa.

Jax uśmiechnął się.

Kira spojrzała w stronę uciekającego mężczyzny, potem na Franka.

— Mogłeś po prostu powiedzieć.

— Mogłem — zgodził się Frank. — Ale wtedy nie pobiegłabyś tak szybko.

Kira zacisnęła usta.

Frank rozłożył ręce i wszedł do chaty.

— No chodźcie. Zanim znowu przyjdzie mi do głowy coś, co trzeba będzie później tłumaczyć.

Zostań przedpremierowym czytelnikiem ↗
THE WILD VALLES · TOM 1

Wieczór na Marsie

Podczas postoju nad marsjańskim jeziorem załoga rozbija namiot. Jax ma pomysł na wieczór.

Fragment wersji przed redakcją i korektą.

Jax przez cały ten czas grzebał w jednej ze skrzyń.

— Jest.

Wyciągnął z niej prostokątne urządzenie owinięte w koc.

Julian spojrzał z zainteresowaniem, kiedy Jax postawił je na stole i zdjął osłonę.

Urządzenie miało ekran.

Prawdziwy, płaski ekran zamknięty w grubej, poobijanej obudowie, z rzędem fizycznych przycisków pod spodem. Z tyłu wystawała składana antena, a po jednym z boków ktoś przykręcił uchwyt do przenoszenia.

Julian przez kilka sekund nic nie mówił.

Jax podłączył przewód zasilający.

— Co?

Julian wskazał urządzenie.

— To jest telewizor?

Jax zatrzymał rękę nad przyciskiem.

— Tak.

— Taki prawdziwy?

Jax spojrzał na niego, potem na telewizor.

— A jakie są nieprawdziwe?

Julian podszedł bliżej. Ekran miał może czterdzieści centymetrów przekątnej. W rogu obudowy widniało starte logo producenta, a plastik był tak porysowany, że urządzenie wyglądało na starsze od całej czwórki.

— I wy to ze sobą wozicie?

— Oczywiście.

— Po co?

Jax spojrzał na niego z autentycznym zdziwieniem.

— Żeby oglądać telewizję.

Frank parsknął śmiechem.

Jax zmrużył oczy.

— A co? Wy nie macie telewizji w kopułach?

— Mamy — odpowiedział Julian. — Tylko nie taką.

— Czyli jaką?

Julian usiadł na brzegu jednego z materacy.

— Najczęściej przestrzenną.

Jax spojrzał na Vossa.

— Oczywiście.

— To naprawdę nie jest nic szczególnego — powiedział Julian. — Przy suficie montuje się kilka małych projektorów. Zwykle cztery, czasem sześć, zależnie od wielkości pomieszczenia.

Jax usiadł naprzeciwko niego.

— Mhm.

— A w stoliku albo w podłodze jest moduł dyspersyjny. Wypuszcza niewielką ilość gazu, właściwie mgły o kontrolowanej gęstości. Wiązki projektorów przecinają się w niej pod różnymi kątami i dzięki temu obraz jest widoczny w przestrzeni.

Jax zerknął na swój telewizor.

— Czyli żeby obejrzeć film, rozpylacie gaz po salonie.

Julian zawahał się.

— Jeżeli chcesz to przedstawić w najgłupszy możliwy sposób, to tak.

Frank roześmiał się głośniej.

— Gaz jest nieszkodliwy. Po seansie system go zbiera i filtruje. Zajmuje to dużo mniej miejsca niż ekran, a obraz może mieć dowolny rozmiar. No i jest trójwymiarowy.

— A jak chcecie obejrzeć wiadomości?

— Tak samo. Albo na terminalu. Czasami w okularach. Ale do filmów czy seriali, kiedy ogląda się razem z rodziną, raczej używa się projektorów.

Jax przez chwilę patrzył na niego, po czym poklepał dłonią górną krawędź telewizora.

— Ten nie potrzebuje gazu.

— Za to zajmuje pół stołu.

— I dzięki temu wiadomo, gdzie jest.

Voss usiadł obok Franka, a Jax nacisnął przycisk.

Ekran zamigotał, przez chwilę wypełniły go szare zakłócenia, po czym pojawiło się menu z listą zapisanych nagrań. Litery były odrobinę rozmyte, a jeden z rogów ekranu świecił wyraźnie słabiej od pozostałych.

Julian uśmiechnął się.

— Ile to ma lat?

— Nie wiem.

— Sto osiemnaście — powiedział Voss.

Jax spojrzał na niego.

— Skąd ty to wiesz?

— Tabliczka z tyłu.

Jax odwrócił telewizor, przeczytał coś na obudowie, a potem postawił go z powrotem.

— No dobra. Zabytkowy. Tym bardziej należy mu się szacunek.

Jax przewinął listę nagrań. Większość nazw nic Julianowi nie mówiła: stare filmy, seriale, kilka koncertów i całe katalogi programów pochodzących najwyraźniej jeszcze z Ziemi.

— O, to będzie dobre.

— Co? — zapytał Julian.

Jax zatrzymał kursor na nagraniu oznaczonym datą sprzed ponad dwóch stuleci.

— Moja ulubiona seria. Dwóch takich - jeden siwy, drugi łysy siedzi i przez dwie godziny gada o kosmosie.

Julian spojrzał na datę.

— To ma ponad dwieście lat.

— Dlatego mówię, że dobre.

— I chcesz oglądać program o kosmosie tutaj?

— Nie o kosmosie. Ten jest o Marsie.

Julian parsknął śmiechem.

— Jax, jesteśmy na Marsie.

Jax wzruszył ramionami.

— Tym lepiej. Sprawdzimy, ile mieli racji.

Julian jeszcze raz spojrzał na datę nagrania.

— Ponad dwieście lat... To były jeszcze dość brutalne czasy na Ziemi. Wojny, zamachy, konflikty. Przecież to było jakoś wtedy, kiedy były te dwie wojny światowe.

Jax machnął ręką.

— Oj tam. W tym odcinku wyraźnie zaznaczyli, że raczej nie popierają nazizmu.

Julian spojrzał na niego.

— Raczej?

Voss nawet nie podniósł wzroku.

— Przynajmniej ten starszy.

Voss przyniósł cztery kubki i usiadł pod ścianą.

Na zabytkowym ekranie Piotr i Leszek rozprawiali o czerwonej planecie takiej, jaką znali ludzie żyjący jeszcze długo przed pierwszymi marsjańskimi osadami.

Julian przez chwilę słuchał z coraz większym rozbawieniem.

Było w tym coś osobliwego. Siedzieli nad prawdziwym marsjańskim jeziorem, pod drzewami, których tamci ludzie nigdy nie widzieli, i oglądali, jak dwóch mieszkańców dawnej Ziemi zastanawia się, czy człowiek kiedykolwiek zdoła uczynić ten świat swoim domem.

Jax wskazał ekran kubkiem.

— Widzisz? Mówiłem, że dobre.

Za cienką ścianą namiotu wiatr poruszał trawą nad jeziorem. Woda odbijała ostatnie światło zachodu, a pomiędzy drzewami po drugiej stronie brzegu zaczynała zbierać się ciemność.

Julian spojrzał na trzech mężczyzn siedzących obok niego w ogrzewanym namiocie przyczepionym do starego szkunera, skupionych wokół zabytkowego telewizora.

Jeszcze kilka dni wcześniej trudno byłoby mu sobie wyobrazić mniej nowoczesny sposób spędzania wieczoru na Marsie.

Ku własnemu zaskoczeniu wcale mu to nie przeszkadzało.

Zostań przedpremierowym czytelnikiem ↗
THE WILD VALLES · TOM 1

Kolejka dla wszystkich

Jax spędza wieczór przy barze w towarzystwie Sery. Ich rozmowę przerywa przybycie Brama.

Fragment wersji przed redakcją i korektą.

Drzwi Ostatniego Oddechu otworzyły się z takim impetem, że uderzyły o ogranicznik i odbiły się z powrotem.

Rozmowy nie ucichły od razu.

Najpierw urwała się muzyka przy jednym ze stołów. Potem ktoś odsunął krzesło. Kilku ludzi spojrzało ku wejściu, rozpoznało stojącego tam mężczyznę i niemal jednocześnie uznało, że właśnie przypomnieli sobie o czymś ważnym poza saloonem.

Jax obserwował to w lustrze za barem.

Mężczyzna był wysoki, szeroki w ramionach i brodaty. Długi, ciemny płaszcz nosił rozpięty, odsłaniając brudną koszulę, pas z ciężkim rewolwerem oraz brzuch człowieka, który częściej podnosił szklankę niż cokolwiek pożytecznego.

Nawet z drugiego końca sali było widać, że pił.

Kiedy podszedł bliżej, okazało się, że whisky była zaledwie jednym z zapachów, jakie przyniósł ze sobą.

Towarzyszyło mu trzech mężczyzn. Jeden miał złamany nos, który zrósł się pod niewłaściwym kątem. Drugi był łysy, niski i nienaturalnie szeroki. Trzeci wyglądał najmłodziej, ale trzymał dłoń przy kaburze, jakby przez całą drogę ćwiczył tę pozę.

Nie wyglądali jak przyjaciele.

Wyglądali jak ludzie, którym płacono za stanie wystarczająco blisko, żeby cudza odwaga nie musiała być sprawdzana samodzielnie.

Przy najbliższych stołach rozpoczęła się cicha ewakuacja.

Górnicy dopijali alkohol w drodze do drzwi. Gracze zgarnęli karty, nie próbując nawet ustalić, kto wygrał. Stary mechanik z protezą wziął szklankę w jedną rękę, torbę narzędziową w drugą i wyszedł wyjściem przy zapleczu.

Barman zaczął zdejmować z półek prawdziwe szkło i chować je pod ladą.

Sera nie odwróciła się.

Jedynie jej uśmiech zniknął.

Zmiana była niewielka, lecz Jax poczuł, jak rozluźniona przed chwilą dłoń kobiety zaciska się na szklance.

Mężczyzna szedł prosto ku nim.

Nie spojrzał na nikogo po drodze. Nie musiał. Cały saloon usuwał mu się z drogi, zanim zdążył tego zażądać. Strach kierował ich do wyjścia.

Mężczyzna zatrzymał się tuż za Serą. Pochylił się nad jej ramieniem, zbliżył swoje żółte, obrzydliwe zęby do jej ucha i powiedział:

— Znowu się u mnie nie pojawiłaś — powiedział — Wiesz, że tego nie lubię.

Sera nie cofnęła się.

Nie odwróciła też głowy.

— Nie jestem twoją własnością, Bram — powiedziała Sera. — I nigdy nie będę.

Bram wyszczerzył żółte zęby i rozejrzał się po saloonie, upewniając się, że wszyscy go słuchają.

— Nie zawsze byłaś taka niedostępna. Raz już cię miałem i jakoś wtedy nie narzekałaś.

Sera odwróciła się na stołku i obrzuciła go spokojnym spojrzeniem.

— Nie miałam kiedy. I tak niewiele mogłeś zdziałać z tą swoją miniaturową lufą.

Jeden z jego ludzi parsknął śmiechem.

Bram spojrzał na niego.

Śmiech urwał się natychmiast.

Bram ponownie zwrócił się ku Serze. Uśmiech zniknął z jego twarzy, a policzki poczerwieniały. Dopiero wtedy zauważył siedzącego obok niej Jaxa.

— A ta łajza to kto?!

Nie zwrócił się do Jaxa.

Pytał Serę, jakby mężczyzna siedzący obok niej był kolejnym przedmiotem, który znalazł się w niewłaściwym miejscu.

Jax nadal obracał szklankę w dłoni.

Whisky krążyła po jej ściankach, spokojna i bursztynowa.

Mógł wstać.

Mógł się przedstawić.

Mógł również pozwolić Bramowi zachować resztki godności i wyjść, zanim wydarzy się coś, co następnego dnia będzie trzeba tłumaczyć lekarzowi.

Żadna z tych możliwości nie wydawała się szczególnie interesująca.

— W życiu najbardziej nie lubię trzech rodzajów ludzi — powiedział Jax, nie podnosząc wzroku znad szklanki.

Bram zmarszczył brwi.

Jax mówił dalej spokojnie, jakby wymieniał pozycje z listy zakupów.

— Tych, którym wydaje się, że świat do nich należy. Tych, którzy mylą strach z szacunkiem. Oraz tych, którzy wyglądają, jakby Bóg lepił ich po ciemku z resztek materiału po innych ludziach, bez żadnego planu.

Dopiero wtedy podniósł wzrok.

— Jakimś cudem spełniasz wszystkie trzy kryteria.

Sera przygryzła dolną wargę. Próbowała się nie roześmiać.

Bram stał nieruchomo przez kilka sekund. Alkohol wyraźnie spowalniał drogę, jaką obelga musiała pokonać między jego uszami a rozumem.

Kiedy w końcu dotarła na miejsce, twarz mężczyzny pociemniała.

— Wiesz, kim jestem?

Jax spokojnie wstał od baru, stanął na przeciwko Brama w odległości mniejszej niż wyciągnięta dłoń, zmierzył Brama od stóp do głów, spojrzał mu prosto w oczy i bez jednego mrugnięcia rzekł:

— W tej chwili? Atrakcją mojego wieczoru.

Bram zdążył jedynie zmarszczyć brwi.

Jax uderzył go czołem prosto w nasadę nosa.

Rozległ się krótki trzask.

Głowa Brama odskoczyła do tyłu, a z obu nozdrzy natychmiast popłynęła krew. Zachwiał się i zrobił krok wstecz, bardziej zaskoczony niż oszołomiony.

Jax poczuł znajome uderzenie adrenaliny.

Świat nie zwolnił. Przeciwnie, nagle wszystko stało się wyraźniejsze: ruch ramion, położenie stóp, odległość do baru i trzech mężczyzn, którzy właśnie zrozumieli, że ich szef nie zamierzał rozpocząć tej bójki.

Jax zrobił to za niego.

Pierwszy z ludzi Brama rzucił się naprzód, wyprowadzając szeroki cios z prawej ręki.

Jax odchylił głowę.

Pięść przecięła powietrze tuż przed jego twarzą. Zanim napastnik zdążył odzyskać równowagę, Jax skręcił biodra i uderzył go pięścią w policzek.

Mężczyzna obrócił się pod siłą ciosu i wpadł barkiem na bar. Kilka pozostawionych na nim szklanek podskoczyło, lecz żadna nie spadła.

Barman natychmiast zgarnął je pod ladę.

Bram ryknął i zamachnął się na Jaxa od boku.

Jax uniósł przedramię, zatrzymując cios, przechwycił jego nadgarstek i obrócił się pod ramieniem. Chwilę później ręka Brama była wygięta wysoko za plecami, a jego twarz znalazła się tuż nad blatem.

Drugi z ludzi Brama nadbiegł od strony sali.

Jax dostrzegł go w lustrze za barem.

Nie puścił Brama.

Pociągnął go za wykręconą rękę i ustawił pomiędzy sobą a napastnikiem.

Pięść przeznaczona dla Jaxa trafiła Brama prosto w szczękę.

Bram jęknął, a jego kolana na moment się ugięły.

Napastnik zamarł.

Jax wykorzystał chwilę zawahania.

Puścił Brama, przesunął się pół kroku w bok i podciął stojącego przed nim mężczyznę. Tamten stracił równowagę, a Jax dołożył krótkie pchnięcie w pierś.

Napastnik poleciał do tyłu i runął na podłogę między przewrócone stołki.

Pozostali dwaj dopadli Jaxa jednocześnie.

Jeden chwycił go za lewe ramię, drugi za prawe. Zacisnęli dłonie i pociągnęli w przeciwne strony, próbując unieruchomić go pomiędzy sobą.

Jax poczuł, że obaj byli silniejsi, niż wyglądali.

Nie próbował się z nimi siłować.

Ugiął kolana, odbił się od podłogi i przerzucił nogi nad głową. W niższej grawitacji ruch wyniósł go wyżej i dalej, niż spodziewali się napastnicy. Przeleciał pomiędzy ich ramionami, zmuszając obu do puszczenia chwytu, po czym wylądował za nimi na lekko ugiętych nogach.

Obaj mężczyźni obrócili się zbyt późno.

Jax wyprostował płaszcz.

— Widzicie? — powiedział. — Wystarczyło ładnie poprosić.

Bram otarł krew spływającą mu z nosa.

Spojrzał na Jaxa, potem na bar.

Jego dłoń zacisnęła się na szyjce stojącej najbliżej butelki.

Barman uniósł rękę.

— Nie tę.

Bram rozbił butelkę o krawędź blatu.

Szkło pękło z ostrym trzaskiem. W jego dłoni została szyjka otoczona poszarpanymi, błyszczącymi ostrzami.

Jax przestał się uśmiechać.

Nie na długo.

Wiedział, jak kończyły się bójki, kiedy ktoś przestawał używać pięści. Rozcięty brzuch albo szyja nie wyglądały szczególnie bohatersko, niezależnie od tego, kto wygrał resztę starcia.

Bram ruszył ku niemu.

Jax cofnął się o krok.

— Dobrze, Bram — powiedział. — Przyznaję. Teraz wyglądasz jeszcze gorzej, ale przynajmniej masz jakiś pomysł.

Bram ciął szkłem w stronę jego twarzy.

Jax odchylił głowę. Ostre krawędzie minęły jego policzek o kilka centymetrów.

Drugi cios poszedł niżej, w brzuch.

Jax skręcił ciało i cofnął biodra. Szkło przecięło materiał płaszcza, nie dosięgając skóry.

— To był dobry płaszcz — powiedział Jax.

— Zaraz nie będziesz go potrzebował — warknął Bram.

— Nie wiem, czy zauważyłeś, ale na zewnątrz jest zimno.

Bram zaatakował ponownie.

Jax złapał najbliższe krzesło i uniósł je pomiędzy nimi. Rozbita butelka uderzyła w oparcie. Jedno z ostrzy utkwiło w drewnie.

Jax szarpnął krzesłem w bok.

Bram niemal stracił broń, ale zdołał ją wyszarpnąć.

Dwaj pozostali mężczyźni rozeszli się na boki.

Nie atakowali od razu. Zaczęli obchodzić Jaxa, odcinając mu drogę do baru i wejścia.

Jax trzymał krzesło przed sobą, przesuwając wzrok od jednego do drugiego.

Bram był naprzeciwko.

Jeden z ludzi zbliżał się z lewej.

Drugi od prawej.

Za plecami Jaxa znajdowała się ściana.

Powoli się ku niej cofał.

Nie wyglądało to dobrze.

Co nie znaczyło jeszcze, że nie zaczynało być interesujące.

Drzwi Ostatniego Oddechu otworzyły się, a w progu stanęli Voss i Kira.

Kira odłożyła pod ścianą pakunek, który trzymała w ręku. Voss powoli przechylił głowę w jedną stronę, potem w drugą. W jego karku coś cicho strzeliło.

Jax uśmiechnął się szeroko.

— Uuu... Teraz dopiero będziecie mieli kłopoty — powiedział Jax.

Jeden z ludzi Brama zrobił dwa szybkie kroki i zamachnął się szeroko, licząc zapewne, że masa oraz rozpęd wystarczą, aby przewrócić mechanika.

Voss nie cofnął się nawet o centymetr.

Chwycił napastnika oburącz za przód płaszcza, wykorzystał jego własny pęd i podniósł go z łatwością, jakby podnosił pusty worek.

Przez krótką chwilę mężczyzna zawisł poziomo nad podłogą.

Potem Voss cisnął nim przez całą długość saloonu.

W niższej grawitacji ciało poleciało znacznie dalej, niż ktokolwiek przyzwyczajony do ziemskich bójek mógłby się spodziewać. Napastnik minął dwa stoliki, zahaczył butami o żyrandol, wykonał w powietrzu niepełny obrót i uderzył plecami w okno.

Szyba pękła.

Mężczyzna wypadł na ulicę razem z fragmentem ramy.

Przez otwór w ścianie wpadł podmuch zimnego powietrza i czerwonego pyłu.

Barman wynurzył się zza lady.

— Czemu w okno?! — krzyknął.

Voss spojrzał w stronę pustej ramy.

— Było duszno. — odpowiedział Voss.

Drugi z ludzi Brama ruszył na Kirę. Napastnik spróbował złapać ją za ramiona.

Kira zeszła z linii ataku, uderzyła go łokciem pod żebra, a następnie złapała za nadgarstek. Mężczyzna próbował wyrwać rękę, lecz tylko pomógł jej obrócić go plecami do siebie.

Kira kopnęła go pod kolano.

Noga załamała się pod nim.

Zanim dotknął podłogi, pchnęła go twarzą na najbliższy stolik.

Stolik był przytwierdzony do podłogi.

Mężczyzna nie.

Jego ciało przejechało po blacie, strącając karty, szklanki i miskę orzechów, po czym spadło po drugiej stronie.

Jax wykorzystując zamieszanie opuścił krzesło, chwycił je za oparcie i uderzył nogą w dłoń Brama.

Rozbita butelka wypadła z jego palców, przeleciała nad barem i zniknęła gdzieś po drugiej stronie lady.

Bram spojrzał za butelką.

To był błąd.

Jax zrobił pół kroku naprzód, złapał go za kark i wbił kolano głęboko w brzuch.

Z płuc Brama uciekło całe powietrze.

Mężczyzna zgiął się wpół, otwierając usta, lecz przez kilka sekund nie wydobył z siebie żadnego dźwięku.

— Lepiej — powiedział Jax. — Teraz naprawdę potrzebujesz chwili namysłu.

Voss podszedł do nich.

Bram dopiero próbował się wyprostować, kiedy mechanik złapał go za płaszcz i uniósł pół metra nad podłogę.

Nogi Brama zawisły w powietrzu.

Przez chwilę próbował się wyrwać, lecz Voss trzymał go bez widocznego wysiłku. Mechaniczne palce zacisnęły się na materiale z cichym trzaskiem naprężanych szwów.

Pozostali ludzie Brama zatrzymali się.

Jeden spojrzał na wybite okno.

Drugi na człowieka leżącego pod stołem.

Potem obaj popatrzyli na Brama wiszącego w rękach Vossa.

Nie potrzebowali narady.

Pierwszy rzucił się ku wyjściu tak gwałtownie, że zahaczył stopą o przewrócone krzesło i przeleciał nad nim głową naprzód. Drugi próbował go ominąć, poślizgnął się na rozlanej whisky i wpadł plecami na drzwi.

Wydostali się z saloonu niemal jednocześnie, potykając się o siebie jeszcze na progu.

Voss przyjrzał się Bramowi.

Skrzywił się lekko.

— Śmierdzisz — powiedział Voss.

Voss nadal trzymał Brama pół metra nad podłogą.

Jax podszedł bliżej i poprawił mężczyźnie przekrzywiony kołnierz płaszcza.

— Bram, bądź tak uprzejmy i przeproś Serę — powiedział Jax.

Bram spojrzał na niego spode łba.

— Pierdol się.

Voss uniósł go odrobinę wyżej.

Materiał płaszcza zatrzeszczał, a buty Brama zakołysały się bezradnie nad podłogą.

Jax westchnął.

— Prosiłem grzecznie. Nie każ mi psuć tej wyjątkowej chwili.

Bram zerknął na Vossa, potem na wybitą szybę, przez którą chwilę wcześniej wyleciał jeden z jego ludzi.

W końcu spojrzał na Serę.

— Przepraszam — wymamrotał.

Jax przechylił głowę.

— Nie dosłyszała.

— Przepraszam, Sera — powiedział Bram głośniej.

Sera oparła się o bar i skrzyżowała ręce.

— Widzisz? Jednak potrafisz nauczyć się czegoś nowego.

— Pięknie — pochwalił Jax. — Wiedziałem, że gdzieś pod tym zapachem kryje się dobrze wychowany człowiek.

Sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza Brama i wyciągnął gruby portfel, wyjął z niego garść banknotów i rzucił je na ladę.

— To na pokrycie strat — powiedział do barmana.

Barman spojrzał na wybite okno, połamane krzesła i dziurę w suficie, po czym zaczął liczyć pieniądze.

Jax schował resztę z powrotem do portfela, zamknął go i wsunął dokładnie do tej samej kieszeni w płaszczu Brama.

— Nie jesteśmy złodziejami — wyjaśnił. — Po prostu bardzo poważnie traktujemy odpowiedzialność za szkody.

Bram otworzył usta, ale Voss spojrzał na niego z bliska.

Zamknął je ponownie.

— Możesz go postawić — powiedział Jax.

Voss puścił Brama.

Mężczyzna spadł na podłogę, ugiął kolana i niemal natychmiast przewrócił się na bok. Przez chwilę leżał, próbując odzyskać oddech i resztki godności.

Jax wrócił do baru.

Usiadł na swoim wcześniejszym miejscu i spojrzał na rozbitą szklankę. Na blacie pozostał po niej jedynie mokry ślad i kilka drobnych kawałków szkła.

— Poproszę jeszcze jedną whisky — powiedział. — Zimną.

Barman przestał liczyć banknoty.

Powoli rozejrzał się po zniszczonym saloonie. Wskazał najpierw mężczyznę leżącego pod stołem, potem drugiego, który pozostawał nieprzytomny przy barze.

— A co z nimi? — zapytał.

Jax obejrzał się przez ramię.

Przyjrzał się obu leżącym, po czym ponownie spojrzał na barmana.

— Racja. Gdzie moje maniery? Kolejka dla wszystkich!

Zostań przedpremierowym czytelnikiem ↗