Jax spędza wieczór przy barze w towarzystwie Sery. Ich rozmowę przerywa przybycie Brama.
Fragment wersji przed redakcją i korektą.
Drzwi Ostatniego Oddechu otworzyły się z takim impetem, że uderzyły o ogranicznik i odbiły się z powrotem.
Rozmowy nie ucichły od razu.
Najpierw urwała się muzyka przy jednym ze stołów. Potem ktoś odsunął krzesło. Kilku ludzi spojrzało ku wejściu, rozpoznało stojącego tam mężczyznę i niemal jednocześnie uznało, że właśnie przypomnieli sobie o czymś ważnym poza saloonem.
Jax obserwował to w lustrze za barem.
Mężczyzna był wysoki, szeroki w ramionach i brodaty. Długi, ciemny płaszcz nosił rozpięty, odsłaniając brudną koszulę, pas z ciężkim rewolwerem oraz brzuch człowieka, który częściej podnosił szklankę niż cokolwiek pożytecznego.
Nawet z drugiego końca sali było widać, że pił.
Kiedy podszedł bliżej, okazało się, że whisky była zaledwie jednym z zapachów, jakie przyniósł ze sobą.
Towarzyszyło mu trzech mężczyzn. Jeden miał złamany nos, który zrósł się pod niewłaściwym kątem. Drugi był łysy, niski i nienaturalnie szeroki. Trzeci wyglądał najmłodziej, ale trzymał dłoń przy kaburze, jakby przez całą drogę ćwiczył tę pozę.
Nie wyglądali jak przyjaciele.
Wyglądali jak ludzie, którym płacono za stanie wystarczająco blisko, żeby cudza odwaga nie musiała być sprawdzana samodzielnie.
Przy najbliższych stołach rozpoczęła się cicha ewakuacja.
Górnicy dopijali alkohol w drodze do drzwi. Gracze zgarnęli karty, nie próbując nawet ustalić, kto wygrał. Stary mechanik z protezą wziął szklankę w jedną rękę, torbę narzędziową w drugą i wyszedł wyjściem przy zapleczu.
Barman zaczął zdejmować z półek prawdziwe szkło i chować je pod ladą.
Sera nie odwróciła się.
Jedynie jej uśmiech zniknął.
Zmiana była niewielka, lecz Jax poczuł, jak rozluźniona przed chwilą dłoń kobiety zaciska się na szklance.
Mężczyzna szedł prosto ku nim.
Nie spojrzał na nikogo po drodze. Nie musiał. Cały saloon usuwał mu się z drogi, zanim zdążył tego zażądać. Strach kierował ich do wyjścia.
Mężczyzna zatrzymał się tuż za Serą. Pochylił się nad jej ramieniem, zbliżył swoje żółte, obrzydliwe zęby do jej ucha i powiedział:
— Znowu się u mnie nie pojawiłaś — powiedział — Wiesz, że tego nie lubię.
Sera nie cofnęła się.
Nie odwróciła też głowy.
— Nie jestem twoją własnością, Bram — powiedziała Sera. — I nigdy nie będę.
Bram wyszczerzył żółte zęby i rozejrzał się po saloonie, upewniając się, że wszyscy go słuchają.
— Nie zawsze byłaś taka niedostępna. Raz już cię miałem i jakoś wtedy nie narzekałaś.
Sera odwróciła się na stołku i obrzuciła go spokojnym spojrzeniem.
— Nie miałam kiedy. I tak niewiele mogłeś zdziałać z tą swoją miniaturową lufą.
Jeden z jego ludzi parsknął śmiechem.
Bram spojrzał na niego.
Śmiech urwał się natychmiast.
Bram ponownie zwrócił się ku Serze. Uśmiech zniknął z jego twarzy, a policzki poczerwieniały. Dopiero wtedy zauważył siedzącego obok niej Jaxa.
— A ta łajza to kto?!
Nie zwrócił się do Jaxa.
Pytał Serę, jakby mężczyzna siedzący obok niej był kolejnym przedmiotem, który znalazł się w niewłaściwym miejscu.
Jax nadal obracał szklankę w dłoni.
Whisky krążyła po jej ściankach, spokojna i bursztynowa.
Mógł wstać.
Mógł się przedstawić.
Mógł również pozwolić Bramowi zachować resztki godności i wyjść, zanim wydarzy się coś, co następnego dnia będzie trzeba tłumaczyć lekarzowi.
Żadna z tych możliwości nie wydawała się szczególnie interesująca.
— W życiu najbardziej nie lubię trzech rodzajów ludzi — powiedział Jax, nie podnosząc wzroku znad szklanki.
Bram zmarszczył brwi.
Jax mówił dalej spokojnie, jakby wymieniał pozycje z listy zakupów.
— Tych, którym wydaje się, że świat do nich należy. Tych, którzy mylą strach z szacunkiem. Oraz tych, którzy wyglądają, jakby Bóg lepił ich po ciemku z resztek materiału po innych ludziach, bez żadnego planu.
Dopiero wtedy podniósł wzrok.
— Jakimś cudem spełniasz wszystkie trzy kryteria.
Sera przygryzła dolną wargę. Próbowała się nie roześmiać.
Bram stał nieruchomo przez kilka sekund. Alkohol wyraźnie spowalniał drogę, jaką obelga musiała pokonać między jego uszami a rozumem.
Kiedy w końcu dotarła na miejsce, twarz mężczyzny pociemniała.
— Wiesz, kim jestem?
Jax spokojnie wstał od baru, stanął na przeciwko Brama w odległości mniejszej niż wyciągnięta dłoń, zmierzył Brama od stóp do głów, spojrzał mu prosto w oczy i bez jednego mrugnięcia rzekł:
— W tej chwili? Atrakcją mojego wieczoru.
Bram zdążył jedynie zmarszczyć brwi.
Jax uderzył go czołem prosto w nasadę nosa.
Rozległ się krótki trzask.
Głowa Brama odskoczyła do tyłu, a z obu nozdrzy natychmiast popłynęła krew. Zachwiał się i zrobił krok wstecz, bardziej zaskoczony niż oszołomiony.
Jax poczuł znajome uderzenie adrenaliny.
Świat nie zwolnił. Przeciwnie, nagle wszystko stało się wyraźniejsze: ruch ramion, położenie stóp, odległość do baru i trzech mężczyzn, którzy właśnie zrozumieli, że ich szef nie zamierzał rozpocząć tej bójki.
Jax zrobił to za niego.
Pierwszy z ludzi Brama rzucił się naprzód, wyprowadzając szeroki cios z prawej ręki.
Jax odchylił głowę.
Pięść przecięła powietrze tuż przed jego twarzą. Zanim napastnik zdążył odzyskać równowagę, Jax skręcił biodra i uderzył go pięścią w policzek.
Mężczyzna obrócił się pod siłą ciosu i wpadł barkiem na bar. Kilka pozostawionych na nim szklanek podskoczyło, lecz żadna nie spadła.
Barman natychmiast zgarnął je pod ladę.
Bram ryknął i zamachnął się na Jaxa od boku.
Jax uniósł przedramię, zatrzymując cios, przechwycił jego nadgarstek i obrócił się pod ramieniem. Chwilę później ręka Brama była wygięta wysoko za plecami, a jego twarz znalazła się tuż nad blatem.
Drugi z ludzi Brama nadbiegł od strony sali.
Jax dostrzegł go w lustrze za barem.
Nie puścił Brama.
Pociągnął go za wykręconą rękę i ustawił pomiędzy sobą a napastnikiem.
Pięść przeznaczona dla Jaxa trafiła Brama prosto w szczękę.
Bram jęknął, a jego kolana na moment się ugięły.
Napastnik zamarł.
Jax wykorzystał chwilę zawahania.
Puścił Brama, przesunął się pół kroku w bok i podciął stojącego przed nim mężczyznę. Tamten stracił równowagę, a Jax dołożył krótkie pchnięcie w pierś.
Napastnik poleciał do tyłu i runął na podłogę między przewrócone stołki.
Pozostali dwaj dopadli Jaxa jednocześnie.
Jeden chwycił go za lewe ramię, drugi za prawe. Zacisnęli dłonie i pociągnęli w przeciwne strony, próbując unieruchomić go pomiędzy sobą.
Jax poczuł, że obaj byli silniejsi, niż wyglądali.
Nie próbował się z nimi siłować.
Ugiął kolana, odbił się od podłogi i przerzucił nogi nad głową. W niższej grawitacji ruch wyniósł go wyżej i dalej, niż spodziewali się napastnicy. Przeleciał pomiędzy ich ramionami, zmuszając obu do puszczenia chwytu, po czym wylądował za nimi na lekko ugiętych nogach.
Obaj mężczyźni obrócili się zbyt późno.
Jax wyprostował płaszcz.
— Widzicie? — powiedział. — Wystarczyło ładnie poprosić.
Bram otarł krew spływającą mu z nosa.
Spojrzał na Jaxa, potem na bar.
Jego dłoń zacisnęła się na szyjce stojącej najbliżej butelki.
Barman uniósł rękę.
— Nie tę.
Bram rozbił butelkę o krawędź blatu.
Szkło pękło z ostrym trzaskiem. W jego dłoni została szyjka otoczona poszarpanymi, błyszczącymi ostrzami.
Jax przestał się uśmiechać.
Nie na długo.
Wiedział, jak kończyły się bójki, kiedy ktoś przestawał używać pięści. Rozcięty brzuch albo szyja nie wyglądały szczególnie bohatersko, niezależnie od tego, kto wygrał resztę starcia.
Bram ruszył ku niemu.
Jax cofnął się o krok.
— Dobrze, Bram — powiedział. — Przyznaję. Teraz wyglądasz jeszcze gorzej, ale przynajmniej masz jakiś pomysł.
Bram ciął szkłem w stronę jego twarzy.
Jax odchylił głowę. Ostre krawędzie minęły jego policzek o kilka centymetrów.
Drugi cios poszedł niżej, w brzuch.
Jax skręcił ciało i cofnął biodra. Szkło przecięło materiał płaszcza, nie dosięgając skóry.
— To był dobry płaszcz — powiedział Jax.
— Zaraz nie będziesz go potrzebował — warknął Bram.
— Nie wiem, czy zauważyłeś, ale na zewnątrz jest zimno.
Bram zaatakował ponownie.
Jax złapał najbliższe krzesło i uniósł je pomiędzy nimi. Rozbita butelka uderzyła w oparcie. Jedno z ostrzy utkwiło w drewnie.
Jax szarpnął krzesłem w bok.
Bram niemal stracił broń, ale zdołał ją wyszarpnąć.
Dwaj pozostali mężczyźni rozeszli się na boki.
Nie atakowali od razu. Zaczęli obchodzić Jaxa, odcinając mu drogę do baru i wejścia.
Jax trzymał krzesło przed sobą, przesuwając wzrok od jednego do drugiego.
Bram był naprzeciwko.
Jeden z ludzi zbliżał się z lewej.
Drugi od prawej.
Za plecami Jaxa znajdowała się ściana.
Powoli się ku niej cofał.
Nie wyglądało to dobrze.
Co nie znaczyło jeszcze, że nie zaczynało być interesujące.
Drzwi Ostatniego Oddechu otworzyły się, a w progu stanęli Voss i Kira.
Kira odłożyła pod ścianą pakunek, który trzymała w ręku. Voss powoli przechylił głowę w jedną stronę, potem w drugą. W jego karku coś cicho strzeliło.
Jax uśmiechnął się szeroko.
— Uuu... Teraz dopiero będziecie mieli kłopoty — powiedział Jax.
Jeden z ludzi Brama zrobił dwa szybkie kroki i zamachnął się szeroko, licząc zapewne, że masa oraz rozpęd wystarczą, aby przewrócić mechanika.
Voss nie cofnął się nawet o centymetr.
Chwycił napastnika oburącz za przód płaszcza, wykorzystał jego własny pęd i podniósł go z łatwością, jakby podnosił pusty worek.
Przez krótką chwilę mężczyzna zawisł poziomo nad podłogą.
Potem Voss cisnął nim przez całą długość saloonu.
W niższej grawitacji ciało poleciało znacznie dalej, niż ktokolwiek przyzwyczajony do ziemskich bójek mógłby się spodziewać. Napastnik minął dwa stoliki, zahaczył butami o żyrandol, wykonał w powietrzu niepełny obrót i uderzył plecami w okno.
Szyba pękła.
Mężczyzna wypadł na ulicę razem z fragmentem ramy.
Przez otwór w ścianie wpadł podmuch zimnego powietrza i czerwonego pyłu.
Barman wynurzył się zza lady.
— Czemu w okno?! — krzyknął.
Voss spojrzał w stronę pustej ramy.
— Było duszno. — odpowiedział Voss.
Drugi z ludzi Brama ruszył na Kirę. Napastnik spróbował złapać ją za ramiona.
Kira zeszła z linii ataku, uderzyła go łokciem pod żebra, a następnie złapała za nadgarstek. Mężczyzna próbował wyrwać rękę, lecz tylko pomógł jej obrócić go plecami do siebie.
Kira kopnęła go pod kolano.
Noga załamała się pod nim.
Zanim dotknął podłogi, pchnęła go twarzą na najbliższy stolik.
Stolik był przytwierdzony do podłogi.
Mężczyzna nie.
Jego ciało przejechało po blacie, strącając karty, szklanki i miskę orzechów, po czym spadło po drugiej stronie.
Jax wykorzystując zamieszanie opuścił krzesło, chwycił je za oparcie i uderzył nogą w dłoń Brama.
Rozbita butelka wypadła z jego palców, przeleciała nad barem i zniknęła gdzieś po drugiej stronie lady.
Bram spojrzał za butelką.
To był błąd.
Jax zrobił pół kroku naprzód, złapał go za kark i wbił kolano głęboko w brzuch.
Z płuc Brama uciekło całe powietrze.
Mężczyzna zgiął się wpół, otwierając usta, lecz przez kilka sekund nie wydobył z siebie żadnego dźwięku.
— Lepiej — powiedział Jax. — Teraz naprawdę potrzebujesz chwili namysłu.
Voss podszedł do nich.
Bram dopiero próbował się wyprostować, kiedy mechanik złapał go za płaszcz i uniósł pół metra nad podłogę.
Nogi Brama zawisły w powietrzu.
Przez chwilę próbował się wyrwać, lecz Voss trzymał go bez widocznego wysiłku. Mechaniczne palce zacisnęły się na materiale z cichym trzaskiem naprężanych szwów.
Pozostali ludzie Brama zatrzymali się.
Jeden spojrzał na wybite okno.
Drugi na człowieka leżącego pod stołem.
Potem obaj popatrzyli na Brama wiszącego w rękach Vossa.
Nie potrzebowali narady.
Pierwszy rzucił się ku wyjściu tak gwałtownie, że zahaczył stopą o przewrócone krzesło i przeleciał nad nim głową naprzód. Drugi próbował go ominąć, poślizgnął się na rozlanej whisky i wpadł plecami na drzwi.
Wydostali się z saloonu niemal jednocześnie, potykając się o siebie jeszcze na progu.
Voss przyjrzał się Bramowi.
Skrzywił się lekko.
— Śmierdzisz — powiedział Voss.
Voss nadal trzymał Brama pół metra nad podłogą.
Jax podszedł bliżej i poprawił mężczyźnie przekrzywiony kołnierz płaszcza.
— Bram, bądź tak uprzejmy i przeproś Serę — powiedział Jax.
Bram spojrzał na niego spode łba.
— Pierdol się.
Voss uniósł go odrobinę wyżej.
Materiał płaszcza zatrzeszczał, a buty Brama zakołysały się bezradnie nad podłogą.
Jax westchnął.
— Prosiłem grzecznie. Nie każ mi psuć tej wyjątkowej chwili.
Bram zerknął na Vossa, potem na wybitą szybę, przez którą chwilę wcześniej wyleciał jeden z jego ludzi.
W końcu spojrzał na Serę.
— Przepraszam — wymamrotał.
Jax przechylił głowę.
— Nie dosłyszała.
— Przepraszam, Sera — powiedział Bram głośniej.
Sera oparła się o bar i skrzyżowała ręce.
— Widzisz? Jednak potrafisz nauczyć się czegoś nowego.
— Pięknie — pochwalił Jax. — Wiedziałem, że gdzieś pod tym zapachem kryje się dobrze wychowany człowiek.
Sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza Brama i wyciągnął gruby portfel, wyjął z niego garść banknotów i rzucił je na ladę.
— To na pokrycie strat — powiedział do barmana.
Barman spojrzał na wybite okno, połamane krzesła i dziurę w suficie, po czym zaczął liczyć pieniądze.
Jax schował resztę z powrotem do portfela, zamknął go i wsunął dokładnie do tej samej kieszeni w płaszczu Brama.
— Nie jesteśmy złodziejami — wyjaśnił. — Po prostu bardzo poważnie traktujemy odpowiedzialność za szkody.
Bram otworzył usta, ale Voss spojrzał na niego z bliska.
Zamknął je ponownie.
— Możesz go postawić — powiedział Jax.
Voss puścił Brama.
Mężczyzna spadł na podłogę, ugiął kolana i niemal natychmiast przewrócił się na bok. Przez chwilę leżał, próbując odzyskać oddech i resztki godności.
Jax wrócił do baru.
Usiadł na swoim wcześniejszym miejscu i spojrzał na rozbitą szklankę. Na blacie pozostał po niej jedynie mokry ślad i kilka drobnych kawałków szkła.
— Poproszę jeszcze jedną whisky — powiedział. — Zimną.
Barman przestał liczyć banknoty.
Powoli rozejrzał się po zniszczonym saloonie. Wskazał najpierw mężczyznę leżącego pod stołem, potem drugiego, który pozostawał nieprzytomny przy barze.
— A co z nimi? — zapytał.
Jax obejrzał się przez ramię.
Przyjrzał się obu leżącym, po czym ponownie spojrzał na barmana.
— Racja. Gdzie moje maniery? Kolejka dla wszystkich!